Wynalazek fotografii nie sprawił, że powstały nowe kolory. Wynalazek portalu społecznościowego (nie ma potrzeby, by skupiać się na Facebooku; pojawił się i przeminie, jak wszystko) nie sprawi, że powstanie albo zniknie czyjeś 'prawdziwe' życie.
Słuszniej było by powiedzieć, że Facebook powstał w momencie, gdy jeden jaskiniowy przywódca namówił grupę do zmiany siedliska, przełamując autorytet wcześniejszego lidera. Przeprowadzka została zalajkowana, i grupa ruszyła w podróż. Wiele tysięcy lat później ten spektakl odbywa się tak samo — a użycie do tego 'fejsa' nie dodaje nic więcej niż fakt, że tym razem uczestnicy byli ubrani i nie nieśli maczug (jeśli pominiemy te nowsze, elektroniczne).
Zawsze istnieli ludzie, którzy znają wszystkich – centra sieci – oraz ci, którzy znają jedną z zebranych osób – jej końcówki. Koleżanki Twojej żony, kolega męża, piwni znajomi współpracownika, których widzisz tylko spotykając się właśnie z nim — to właśnie oni. Podobno dowolnego człowieka niewiele stopni znajomości dzieli od prezydenta USA. Tak zapewne jest – ale dzięki temu, że osoby, które mają dostęp do prezydenta, znają na ogół z widzenia niezwykle dużą ilość osób.
Wystarczy zrobić większe urodziny, by ujrzeć strukturę, która powielając się, obejmuje cały świat.
Patrząc na cząsteczki elementarne, widzimy, że są takie, do których przyłączają się inne, oraz takie, które nigdy nie będą jądrem żadnej większej całości. Elektrony i jądra, swobodne wiązania i grupy. Tak na dole, jak i na górze. Mail nie stworzył donosu, a Facebook pustego życia. Obwinianie Internetu o ludzką naturę to mylenie pieniędzy z chciwością.
Czytanie książek również niszczy ludzkie relacje. Kto wie, ile rozmów byśmy odbyli, gdyby nie to, że Proust napisał tyle grubych tomów? Oczywiście, nie były by to rozmowy o Prouście.
Fejs jest iluzją prawdziwego życia? Tylko dla tych, którzy się z nim nie urodzili. Oni rzeczywiście nie mają tam żadnego życia; będą więc mieć zawsze wrażenie, że w Internecie 'nic nie ma'. Jest trochę inaczej — to ich tam nie ma.
Kiedyś, gdy małżonek znikał z domu – na połów, podbój albo etat. Nie było żadnej formy kontaktu, a powrót mógł nastąpić nawet po długich miesiącach. Kontaktu nie było, za gdy znów był możliwy, obywał się bez jakiegokolwiek pośrednictwa – maili, telefonów, listów czy komentarzy pod zdjęciami. Tylko „prawdziwe życie”. Dziś zaś, kontakt między ludźmi nigdy nie znika, ale też nie zyskuje już niemal nigdy takiej intensywności. Każda rozmowa może być przerwana telefonem — ale też telefon pozwala na rozmowę w każdej, najbardziej samotnej chwili.
Porozumienie międzyludzkie zachowało – zapewne – skalę, ale jest ono rozłożone w czasie. Jednolity szum tysiąca drobnych rozmów zastąpił tę Jedną Jedyną Rozmowę. Trudno jest omówić wydarzenia dnia przy patriarchalnej kolacji, gdy dzięki telefonom i Facebookowi wszyscy wiedzą doskonale, co działo się i dzieje u innych.
Kontakt rozcieńczył się w mediach, ale jego ilość pozostała ta sama. Przypomina to statystykę spożycia alkoholu — ludzie piją częściej i więcej, ale o wiele lżejszych niż kiedyś trunków. Zamiast intensywnego, wódczanego weekendu z finałem na izbie wytrzeźwień, jest popołudniowe piwko albo wino do obiadu.
W jednej kwestii tylko nie zmieniło się chyba nic. Przyjaciele. Wbrew angielskiemu słowu 'friend', na głębokie więzy przyjaźni Facebook niema wpływu, bo nie taka jest specyfika jego działania. Przyjaciół mamy w życiu tyle samo, co starożytni Sumerowie czy poddani Stanisława Augusta.
Pamiętając zaś o starym przysłowiu, lepiej, byśmy nie przekonali się, którzy spośród setek naszych znajomych (i znajomych znajomych) do nich należą.